środa, 21 sierpnia 2013

Niechciane względy

Jakiś czas temu zostałam zaproszona na małe przyjęcie u jednego z szefów firmy w której pracowałam. Ubrałam się więc elegancko, kupiłam dobre wino i udałam się do domu mojego zwierzchnika, gdzie impreza już na dobre się rozpoczęła. Pomyślałam, że to świetna okazja, żeby wprowadzić mój plan polepszenia warunków pracy dla dziewczyn z mojego teamu. Delikatnie więc próbowałam przemycić moje pomysły, sącząc powoli indyjską Sulę. W pewnym momencie zauważyłam, że szef przypatruje mi się dość uporczywie i poczułam się nieswojo. Jednak jego kolejne słowa wyprowadziły mnie z równowagi. Usłyszałam, że chętnie by się ze mną przespał, a ja chyba nie mam nic przeciwko temu, no i oczywiście mogę liczyć na dyskrecję z jego strony. Chociaż jestem osobą elokwentną, na nic zdały się słowa. Moja ręka wystrzeliła i po raz pierwszy w życiu uderzyłam drugą osobę. Na tym zakończyłam moją pracę w tej firmie, a i tak przez długi okres czasu nie mogłam dojść do siebie.

Statystyki National Crimes Records Bureau (NCRB) są alarmujące. Pomimo wstrząsających wydarzeń ostatnich miesięcy podjęte przez Rząd kroki nie są wystarczające i przestępstw seksualnych przybywa w zastraszającym tempie. Co ciekawe, Policja interpretuje te fakty jako wynik coraz większej świadomości kobiet, które decydują się złożyć swoje zeznania na policji. Czy jest to jednak prawdziwy obraz tej sytuacji? Przecież większość indyjskich kobiet boi się konsekwencji ze strony rodziny, potępienia, lub samej reakcji skorumpowanej policji, która oskarża młode ofiary gwałtu o niestosowne zachowanie lub nieodpowiedni ubiór. Nierzadko ofiara gwałtu staje się nią po raz kolejny właśnie na posterunku.

W niedzielę wybraliśmy się wraz z rodziną Pana Paia na spacer. Pogoda była śliczna, więc postanowiliśmy przejść się do jednego z niewielu parków w Pune. Niestety przez cały czas czułam się nieprzyjemnie i nie potrafiłam cieszyć się z tego dnia. Kilka razy byłam zaczepiana na ulicy, uslyszałam wiele obscenicznych tekstów, a na koniec jeden z rykszarzy złapał mnie za rękę i zaczął dotykać. Na szczęście Mrs. Vidya zareagowała błyskawicznie i uderzyła rykszarza w twarz. Ja jednak nie odważyłabym się, bojąc się reakcji z jego strony. Z pewnością był silniejszy ode mnie. 

W powietrzu wiszą argumenty, że to kobiety są winne. Prowokują mężczyzn swoim ubiorem i zachowaniem. Zarzut ten dotyka zwłaszcza białych dziewczyn, które według stereotypu wyniesionego z kina hollywoodzkiego i utrwalonego w mentalności indyjskiej, są chętne tego typu praktykom, liberalnie nastawione i wyzwolone seksualnie. Folgując radom mądrzejszych powinnyśmy więc ubierać i zachowywać się skromnie, aby w ten sposób nie narazić się na niechciane względy. Musimy zapomnieć o uśmiechu idąc ulicą, gdyż takie zachowanie również może sprowadzić na nas nieszczęście. Powinnyśmy być "przygotowane".

"I've lived both in South and North India (...). I have endured being groped on buses while going to school, I've been pawed at in markets while buying vegetables with my mother, I've been leered at and have had to hear lewd comments on the road, from the age of 10. I've had a guy flash at us while just walking to the bus-stop with my college friends on the road. And I was no great beauty and was very conservatively dressed always (...) and I was 10 years old for heaven's sake! So how do you suggest I be 'prepared' for this (...) or prepare my little daughter for this?" outragedesi

"It is a woman's hell.. for the women living there (my own sisters and countless friends) and for any woman visiting the land. And it is not just the western woman who is always seen as a promiscuous being and a sexual prize to be taken; it is any woman that wears jeans or skirts or makeup.Such a woman, or just any woman who steps out of her house to work or get an education is 'just asking for it'." hadtologin

"Every woman I have known deep enough to earn their trust has told me at least one story of their own personal trauma." kcvlaine

Tak sugestywne komentarze nie należą do rzadkości. Sygnalizują one natomiast kolejny poważny problem, który nie pozostawia żadnych zewnętrznych oznak, a co za tym idzie jest trudny do udowodnienia. A przecież prześladowanie kobiet przez mężczyzn w indyjskich miastach i miasteczkach nie należy do pojedynczych incydentów, lecz codziennej rzeczywistości, która powoli przybiera karykaturalny wygląd.

W society gdzie mieszkam jest basen. Bardzo mnie ten fakt ucieszył, gdyż nie tylko mogłam się ochłodzić w gorące letnie dni czy poleżeć z książką na słońcu, ale i popływać co jest mi wskazane z powodu bólów kręgosłupa, które męczą mnie regularnie. Przezornie zaopatrzyłam się w jednoczęściowy strój kąpielowy, mocno zabudowany. Kiedy tylko pojawiłam się na basenie zebrała się koło mnie grupka czterech mężczyzn wpatrująca się we mnie i śledząca każdy mój krok. Pomyślałam na początku, że powinnam to ignorować, jednak po 15stu minutach oni wciąż tam stali nie odrywając ode mnie oczu. Wreszcie nie wytrzymałam. Podpłynełam do nich i głośno krzyknęłam, że to co robią jest nie na miejscu i mają odejść. Dopiero wtedy odeszli. Ja niestety i tak już prawie nie korzystam z basenu, jest to zbyt nieprzyjemne doznanie. Powinnam złożyć skargę w zarządzie society, tylko czy to coś da w tym zdominowanym przez mężczyzn kraju?

Kilka dni temu, w Dniu Niepodległości Indii 15ego sierpnia, jedna z mieszkanek Aurangabadu, Natasha Zarine, umieściła na swoim profilu na facebooku list skierowany do ministrów stanu Maharashtra wraz ze zdjęciami swoich prześladowców. W piśmie tym zatytuowanym "Complaint against harassment at heritage sites and tourist spots in and around Aurangabad, Maharashtra" Natasha wyszczególnia przykłady przerażającego zachowania, którego doświadczyła ona i towarzyszące jej koleżanki zza granicy podczas zwiedzania Ajanty, Ellory, jaskiń Pitttalkhora, oraz fortów Daulatabad i Soi Gaon.

Mnie również nie udało się uciec przed aparatami mężczyzn usilnie próbujących mnie sfotografować, nie pytając wcale o zgodę. A i takie sytuacje się zdarzały, kiedy stateczny około 35-letni mężczyzna spacerujący ze swoją żoną po forcie w Pune, zwrócił się do mnie z prośbą o pozowanie do zdjęcia. Kategorycznie odmówiłam, ale w zamian za to usłyszałam kilka niemiłych słów na swój temat. Podczas zwiedzania portowego miasta Pallawów z VII wieku, Mamallapuram, niejednokrotnie denerwowałam się zwróconymi w moją stronę aparatami komórkowymi, podczas gdy żadne reakcje z mojej strony, próby odwracania się czy chowania twarzy, nie pomagały. W ten sposób zamiast koncentrować się na unikatowych starożytnych zabytkach, narastała we mnie powoli wściekłość i niemoc wobec takiego zachowania. Narasta ona we mnie każdego dnia, kiedy muszę wyjść poza obręb mojej society, do sklepu, czy na imprezę. I nie pomaga zakrywanie ciała, czy schowanie się za szkłami ciemnych okularów. Ciągle zwrócone są na mnie oczy, które chciwie patrzą, usta, ktore komentują w nieznanym mi języku, palce, które pokazują i ręce, które próbują mnie dotykać. Wszystko to sprawia, że z coraz większą niechęcią wychodzę na ulicę, gdyż nie potrafię zastosować się do rad w stylu "ignoruj to". Czasami udaje mi się skasować dane zdjęcie, ale kto wie ile już takich fotografii krąży po internecie? Czasami boję się, że któregoś dnia zabiorę komuś telefon i rozstrzaskam go o ziemię, gdy każdy spacer zamienia się w swoiste pole walki i uniku. Jeżeli nie mieliście do czynienia z tego rodzaju prześladowaniem spróbujcie wyobrazić sobie co czuje dziewczyna uwieczniona na zdjęciu powyżej, skonfrontowana z całą grupą mężczyzn kierujących na nią swoje aparaty. Niestety takie sceny są częścią dnia powszedniego, zwłaszcza w miejscach chętnie odwiedzanych przez turystów.
Jest to przykład przeobrażeń do jakich doszło pod wpływem ogromnej dostępności mas do telefonów komórkowych z aparatem: grupy barbarzyńskich mężczyzn, fotografujących kobiety do woli bez ich zgody, podczas gdy strażnicy stoją dookoła ignorując to.

piątek, 2 sierpnia 2013

Sambar

Niestety, dzisiaj już na dobre dopadło mnie monsunowe przeziębienie. Niemniej jednak, zamiast pójść do lekarza, postanowiłam zwalczyć je domowymi sposobami. A raczej domowym indyjsko-polskim sposobem, czyli gorącą, zdrową zupą. Ponieważ nie mam pełnych możliwości ugotowania rosołu, zdecydowałam się przygotować "sambar", danie typowe dla kuchni południowo-indyjskiej, o którym wspominałam Wam już w poście "Kulinarnie". Sambar to rodzaj zupy na bazie soczewicy z dodatkiem warzyw. Oczywiście, jak to w Indiach, ilu Indusów, tyle rodzajów sambaru. Ja jednak opowiem Wam jak robi się tą pyszną zupę w stanie Tamil Nadu, a przepis mam od samej indyjskiej mamy.

Składniki:
- niepełna szklanka soczewicy (dal)
- 3-4 pomidorki
- mniej więcej 10 szalotek
- warzywa do wyboru, ja wybrałam okrę, kalafiora i ziemniaczki
- 1-2 zielone papryczki chili

Przyprawy:
- curry leafs
- pasta z owocu tamaryndowca
- kurkuma
- chili
- gorczyca (mustard seeds)
- sambar powder
- sól

Składniki takie jak curry leafs, tamarind paste, czy sambar powder można znaleźć w prawie każdym sklepie z żywnością z całego świata. W Krakowie jeden z takich sklepów znajduje się w Galerii Krakowskiej, widziałam również sporo ciekawych przypraw w Almie. Także nie powinno być problemu z dostaniem nawet tych najbardziej egzotycznych składników. Obawiam się tylko, że cena może być wysoka.

Z warzyw wybierzcie te, które najbardziej lubicie. Oczywiście smak będzie się delikatnie zmieniał w zależności od tego na które składniki się zdecydujecie, ale właściwie nie ma to znaczenia. Jeżeli natomiast macie możliwość kupienia okry, nazywanej tutaj lady's fingers, to gorąco polecam, gdyż jest ona przede wszystkim bardzo zdrowa, smaczna i świetnie pasuje do sambaru. Mała wskazówka co do przygotowania okry. Jeżeli przed pokrojeniem podgotujecie ją około 2óch minut w wodzie z dodatkiem soku z cytryny lub limony, nie będzie ona wydzielać w trakcie dalszej obróbki typowego dla tej rośliny śluzu, który wprawdzie nie jest niebezpieczny i nie zmienia diametralnie smaku, ale jednak jest nieprzyjemny.

Nasz indyjski "rosół" zaczynamy od ugotowania oczyszczonej i wypłukanej soczewicy. Jeżeli posiadacie szybkowar (pressure cooker) to warto skorzystać, gdyż zajmie nam to tylko 5-7 minut. Niepełną szklankę dalu zalewamy więc dwiema szklankami wody, dodajemy płaską łyżeczkę kurkumy, trochę soli i odrobinkę oleju. Jeżeli nie posiadacie szybkowaru, możecie soczewicę po prostu ugotować, jednak przyznam się szczerze, że nigdy tego nie robiłam, więc nie wiem ile czasu zajmie Wam doprowadzenie jej do odpowiedniego stanu ;-) W szybkowarze zaś wystarczą cztery "gwizdy".



Tak powinna wyglądać nasza soczewica po ugotowaniu. Powinna być miękka, niemalże rozgotowana. Kolejnym krokiem będzie dodanie odrobiny wody i "utarcie" jej na w miarę gładką masę. Na koniec dodajemy jeszcze trzy, ewentualnie cztery szklanki wody i znowu mieszkamy.



Następnie myjemy i kroimy nasze warzywa. Jak widzicie ja zdecydowałam się na kalafiora, którego bardzo lubię, okrę i ziemniaki. Pomidory to stały składnik większości indyjskich potraw. Indusi wprawdzie tego nie robią, ale przed pokrojeniem i dodaniem do sambaru możecie obrać je ze skórki. Aromat i smak będą wtedy zdecydowanie mocniejsze. Kiedy już wszystko będzie przygotowane, dodajemy warzywa do wcześniej przygotowanego dalu. Przyprawiamy to wszystko płaską łyżeczką chili powder, sporą łyżką pasty z owoca tamaryndowca, solimy i gotujemy na małym ogniu przez około 10-15 minut.

W międzyczasie podgrzewamy na patelni 1-2 łyżki oleju. Kiedy już będzie gorący, wrzucamy około dwóch łyżek gorczycy, które niestety będą nam pryskać po całej kuchni, a nastepnie curry leafs i drobniutko posiekaną papryczkę chili. Szybko mieszając prażymy wszystkie składniki przez około 30 sekund, a następnie dodajemy do gotującego się sambaru. Jeżeli nie chcecie, żeby Wasz sambar był bardzo ostry, wypestkujcie wcześniej papryczkę chili. Będzie ona wtedy wciąż dawała delikatnie ostry smak, ale już bez uczucia palenia w ustach.

Na koniec dodajemy sporą łyżkę sambar powder. Najlepiej próbujcie Waszego sambaru i dodawajcie przyprawę powolutku. Być może na początek smaki mogą być trochę za mocne, dlatego lepiej nie przesadzać. Na koniec sprawdźcie, czy nie trzeba posolić i voila!
Teraz sambar powinien gotować się jeszcze około 20-25 minut, w zależności od tego jakie warzywa wybraliście. Na koniec warto dodać pokrojone drobno liście kolendry. Nadadzą one dodatkowo świeżego, lekkiego smaku i aromatu naszemu sambarowi ;-)
Oczywiście możecie też, jak większość Indusów, najpierw podprażyć przyprawy w osobnym garnku, a następnie dodać do nich warzywa, delikatnie je podsmażyć i dopiero wtedy dodać dal i kolejne przyprawy. Ja jednak staram się unikać zbyt częstego smażenia i wydaje mi się, że w tym wypadku nie jest to potrzebne.
W poniższych filmach znajdziecie dwa różne sposoby na przygotowanie sambaru i różne warianty tej pysznej potrawy. Pozwoli Wam to zrozumieć jego naturę, dlatego gorąco zachęcam!



Z czym jednak jeść sambar? Możemy potraktować go jak zupę, ale nie musimy. Na południu Indii sambar je się o każdej porze dnia, na przykład na śniadanie, jako dodatek do dosy lub idli. Można też zjeść go z ryżem i papadem. Ja jednak serdecznie polecam Wam dosy, które sprawią, że będzie bardzo po indyjsku :-) Ciasto na nie, nie jest wprawdzie łatwe do przygotowania, ale w sklepie z żywnością z całego świata można dostać dosa instant mix.


               

         
Wystarczy, że odpowiednią ilość proszku wymieszamy z wodą i odczekamy. Dodajcie jednak troszkę mniej wody niż jest to sugerowane na opakowaniu. Ciasto na dosy powinno być bardzo gęste.

Smaży się je trochę inaczej niż nasze naleśniki. Na rozgrzaną teflonową patelnię wlewamy odpowiednią ilość ciasta, które potem delikatnymi kolistymi ruchami rozprowadzamy po całej powierzchni patelni. Następnie skrapiamy je delikatnie olejem i przykrywamy. Po około minucie możemy przewrócić dosę na drugą stronę, najlepiej lekko wilgotną drewnianą łopatką, i znowu przykrywamy. Dosy powinny być delikatnie chrupiące i przyrumienione. Zazwyczaj mają one kolor złotobrązowy, jednak moje dzisiejsze ciasto jest kupne i zrobione tylko ze sfermentowanego ryżu, dlatego dosy pozostają białe. Zazwyczaj przygotowywuje się je z ryżu i soczewicy. Jeszcze mała wskazówka na koniec: nie kładźcie placuszków dosy na sobie jak naleśników, ponieważ się skleją. Najlepiej powinny być one serwowane gorące z patelni.
Życzę Wam wszystkim smacznego :-)! Mam nadzieję, że uda Wam się dzięki tym potrawom odtworzyć klimat Indii w waszej kuchni!

          

czwartek, 1 sierpnia 2013

Egzotyczne olejki i piękne włosy

Jakiś czas temu podczas rozmowy z moją przyjaciółką Tereską, poskarżyłam się, że odkąd jestem w Indiach mocno zaczęły wypadać mi włosy. Winę zrzuciłam najpierw na proces przestawiania się na nowy klimat, a potem na wodę, która niestety jest w Indiach bardzo brudna. Jakikolwiek jednak nie byłby powód, włosy wciąż wypadały i to mnie martwiło. Tereska, która flirtuje z Orientem i egzotyką od dość dawna poleciła mi wtedy indyjskie oleje do włosów, których sama używa. Poradziła mi wypróbowanie Amli i Vatiki, olejków dobrze znanej w Indiach firmy Dabur. Pobiegłam więc do sklepu i bez problemu znalazłam oba produkty. Tereska wspomniała mi, że kupuje swoje olejki przez internet, gdyż niestety nie są one jeszcze dostępne na naszym polskim rynku.

Przejrzałam więc kilka ofert sklepów internetowych i wśród całej gamy produktów natknęłam się na moją Amlę. Jest to jedna z tańszych pozycji, buteleczka 200ml kosztuje około 20zł, przy czym tutaj w Indiach około 60 rupii (ok. 3zł). Olejek ten zawiera wyciąg z agrestu indyjskiego, który ma sprawić, że nasze włosy będą po nim silne, zdrowe i jedwabiste. Postanowiłam więc, że będę stosowała Amlę trzy razy w tygodniu, przy czym często nakładałam olejek na włosy tuż przed zaśnięciem. Trzeba pamiętać tylko, żeby położyć wtedy na poduszce stary lub nielubiany ręcznik, gdyż sam zapach jest dość silny i nie znika nawet po kilku praniach. Na wielu forach internetowych zauważyłam, że dziewczyny bardzo nie lubią zapachu Amli. Oczywiście olejek ten nie pachnie tak urzekająco jak kosmetyki z body shopu, jednak sam zapach nie jest aż tak nieprzyjemny jak opisywały go niektóre z forumowiczek. Amla ma dość silny zapach, który utrzymuje się delikatnie do drugiego umycia głowy szamponem. Po około dwóch miesiącach prawie regularnego stosowania mogę powiedzieć, że są efekty. Moje włosy stały się gęstsze, ich kolor głębszy i są zdecydowanie bardziej jedwabiste i nawilżone. Olejek z amli jest więc świetnym rozwiązaniem na indyjski suchy klimat i mocne zanieczyszczenie powietrza, które negatywnie oddziałowują na włosy.

Drugim z olejków, który przetestowałam na sobie jest Vatika, olej kokosowy z dodatkiem limony, henny i amli. W Polsce można go zamówić za około 25zł (200ml), tutaj dostępny jest on za cenę 80 rupii (ok. 4zł). Przed użyciem powinno się go delikatnie ogrzać w miseczce z ciepłą wodą, żeby mógł się rozpuścić. W Indiach, być może ze względu na temperaturę, tego zabiegu wykonywać nie musiałam, olejek był płynny przez cały czas. Zapach jest cudowny i intensywny, oczywiście jeżeli lubi się kokos. Po miesięcznym stosowaniu zaś zauważyłam, że moje włosy nie są już tak rozczapirzone ;-) Tapirek zniknął, pojawiły się natomiast gładkie i lśniące pasma. Vatika jednak przede wszystkim świetnie sprawdza się na nasze końcówki. Wystarczy wetrzeć w nie odrobinę olejku, aby były mocno nawilżone. Dlatego patrząc na własne doświadczenia polecam stosowanie olejku z amli do masażu skóry głowy i włosów na całej długości, vatiki zaś przede wszystkim na końcówki włosów. Olejek z amli może na początku wywoływać delikatne swędzenie, zwłaszcza jeżeli pozostawicie go na włosach przez całą noc. Wygląda jednak na to, że skóra głowy musi się po prostu przyzwyczaić do nowego specyfiku. Jest to jednak olejek naturalny, więc jeżeli nie macie żadnego uczulenia to nie powinno być problemu.
W Indiach dostępna jest ogromna różnorodność olejków do włosów, a ich ceny wahają się od 40stu do nawet 1000ca rupii za 200 ml. Supergwiazdy takie jak Shah Rukh Khan, Amitabh Bachchan, czy Rani Mukherjee gorąco popierają ich stosowanie i reklamują różne marki olejków, co świetnie wpływa na ich sprzedaż.

Tymczasem nowoczesne markowe kosmetyki utraciły atrakcyjność na rzecz "black shiny market". I choć oleje do włosów są Indusom znane od dawna, to właśnie teraz zostały one uznane za najmodniejsze, a fryzjerzy często polecają regularne masaże olejami. Na taki rozwój wypadków wpływa również strach przed chemicznymi substancjami używanymi przez wielkie koncerny do produkcji kosmetyków. Tak więc podczas gdy na tym polu odnotowywane są straty, indyjskie olejki do włosów wyruszają na podbój Bliskiego Wschodu i Afryki, gdzie zapotrzebowanie na tego typu produkty szybko rośnie, a sam rynek jest bardzo obiecujący. Odchodząc jednak od ekonomicznych strategii firm wykorzystujących trend na wszystko co naturalne, olejki dają świetne rezultaty, zwłaszcza w leczeniu wypadających włosów. A jest to bardzo powszechny problem w Indiach. Niemniej jednak to właśnie Hinduski słyną w świecie z pięknych włosów, warto więc zgłębić ich sekrety :-)  

wtorek, 30 lipca 2013

Uzależniający świat Bollywood

U większości dziewczyn fascynacja Indiami rozpoczyna się wraz z pierwszym obejrzanym filmem Bollywood. I nie ma w tym nic dziwnego, gdyż ogromna ich większość nie tylko opowiada historię miłości niezwykle romantycznej i trwałej, ale i rozgrywa się w pięknych i egzotycznych dla nas plenerach Indii, w miastach pełnych zapachów.

Czymże jest jednak dobra historia miłosna bez przystojnego bohatera, którego męskość podkreślana jest na każdym kroku? O tak, kino bollywood daje nam wszystko, czego w skrytości serca pragniemy, a ponad to przepełnione jest muzyką, która dodatkowo przydaje uroku kolejnym bollywoodzkim hitom.
Zanim jednak przejdę do sedna sprawy, chciałabym opowiedzieć Wam o znaczeniu tego kina dla samych Hindusów. W kraju, gdzie nie każdy ma dostęp do edukacji, film jest często jedyną formą przekazu pewnych wartości. I to właśnie na tym najczęściej opierają się indyjskie filmy bollywood. Oczywiście, stanowią one fascynujące połączenie romansu, komedii, tragedii i musicalu. Najważniejsze jest jednak jak najbardziej jednoznaczne społeczne i moralne przesłanie. Dużą uwagę zwraca się tutaj zwłaszcza na poszanowanie wartości rodzinnych, a wszystkie zarysowane w filmach konflikty zawsze udaje się rozwiązać. Kto z nas nie pamięta "Kabhi khushi kabhie gham" ("Czasem słońce, czasem deszcz")? Film ten zdobył popularność nie tylko w Indiach, ale i na całym świecie. Historia zaczyna się typowo dla bollywoodzkiego hitu. Na pierwszym planie jest romantyczny bohater, który zaleca się do heroiny. Jest to możnaby wręcz rzecz, obowiązkowa sekwencja każdego filmu. Tutaj jednak zaczyna się konflikt, gdyż wybranka naszego zalotnika nie przynależy do tej samej kasty, a co więcej, jej pozycja społeczna jest dużo niższa. To nie zraża jednak bohatera, który stawia na miłość, czym zyskuje sobie niechęć własnej rodziny. Tutaj szczególnie ważna jest postać ojca, którego duma mocno ucierpiała. Koniec końców wygrywają jednak więzy rodzinne, a skłóceni ojciec (w tej roli poważny i stateczny Amitabh Bachchan) i syn padają sobie w objęcia (niezrównany w wyrażaniu cierpienia Shah Rukh Khan). Wyraźne i jasne przesłanie tego filmu, ukryte w tak wielu innych trzygodzinnych dziełach, zdaje się jednak nie do końca funkcjonować w społeczeństwie indyjskim. My w KKKG widzimy historię silnej i trwałej miłości, która pokonuje wszelkie przeszkody. Hindusi zaś historię miłości, która została uświęcona małżeństwem, pomimo sprzeciwu najważniejszej osoby w hierarchi rodziny, ojca. Jest to również opowieść, która nie bazuje na starym indyjskim zwyczaju aranżowania małżeństw, lecz spontanicznym uczuciu rodzącym się między dwojgiem młodych ludzi. Nie jest to jednak uczucie kwitnące powoli, lecz miłość od pierwszego wejrzenia, a więc najbardziej romantyczny jej aspekt. Dla Hindusów jest to więc również próba podjęcia tematu małżeństwa pozakastowego. A przesłanie? Małżeństwo "mieszane" nie powinno być potępiane, zerwijmy więc ze starymi i krzywdzącymi obyczajami. Niestety patrząc na indyjskich odbiorców odnoszę wrażenie, że nie do końca dostrzegają oni wagę przedstawionej opowieści. Jakby magia tej historii działała tylko w zaciszu kinowej sali. Czy rzeczywiście dostrzegają aspekt miłości, szacunku, czy to tylko kolejna z fantastycznych historii, odskoczni od codziennego życia? Życia, które z bollywodzkiem światem marzeń, nieskrępowanej miłości i odwagi nie ma nic wspólnego. Fakty dowodzą, że w Indiach wciąż dominuje forma aranżowania małżeństw. I nawet dziewczyny wychowywane w "nowoczesnych" rodzinach, umawiające się na randki, koniec końców poślubią partnera wybranego im przez rodziców. A mimo to w filmach bollywood raczej nie porusza się tematu małżeństw aranżowanych, lecz odwołuje do miłości romantycznej. Rzućmy jednak okiem na film p.t. "Arth". Film ten z 1982 roku opowiada historię mężczyzny o imieniu Inder, który wplątuje się w pozamałżeński związek z Kavitą, znaną aktorką. Postanawia on opuścić swoją, poślubioną w tradycyjny sposób żonę Pooję, która przechodzi w tym czasie odmianę duchową. Po długim okresie cierpienia odnajduje ona niezależność, spokój ducha i siłę. Odrzuca ona Raja, dobrego człowieka który ją pokochał, jak i jej męża, który skruszony chce odbudować ognisko domowe. Myślę, że Pooja jest symbolem wartości kobiety. W Indiach mówi się, że kobieta jest całkowicie zależna od męża, a bez niego nie ma żadnej wartości. A jednak przykład Poojy pokazuje nam, że kobieta może żyć samodzielnie, może wychowywać dziecko i być szczęśliwa. Gorąco polecam ten film każdemu, kto jeszcze go nie widział. Ostrzegam jednak, że nie jest to typowy film bollywood jaki znacie z takich produkcji jak "Devdas", czy "Veer Zara".
Samo Bollywood przeszło już wiele ewolucji. Od początków kina indyjskiego w 1899 roku, kiedy to realizowane były obrazy o tematyce mitologicznych eposów, aż po thrillery i filmy akcji. I mimo wielu zmian w tematyce podstawowa recepta na przebój kinowy pozostaje niezmienna. Taniec i śpiew to jak już wspomniałam nieodzowny element każdego indyjskiego filmu. Czy to sekwencje z udziałem pary głównych bohaterów, czy widowiskowe sceny grupowe, filmowe piosenki prezentowane w telewizji jako klipy muzyczne, często stają się hitami już przed premierą filmu.


Byłabym jednak niewiarygodna, gdybym nie wspomniała o gwiazdorach sceny bombajskiego kina. Kult gwiazdora i Shah Rukh Khan to właściwie synonimy. Przez fanów ten sławny na całym świecie indyjski aktor nazywany jest "Królem Khanem", a jego woskową figurę wystawiono w Muzeum Madame Tussaud w Londynie. Tego zaszczytu dostąpiły również inne gwiazdy, takie jak Miss World 1994, wzór kobiecej urody i wdzięku, Aishwarya Rai, czy supergwiazdor Amitabh Bachchan. W Indiach jednak status gwiazd bollywoodzkiego kina dorównuje niemalże boskiemu. Stają się oni wzorem do naśladowania dla młodego pokolenia, a młodzież szybko podchwytuje modę kreowaną przez gwiazdy. Nic więc dziwnego, że bohaterzy kina Bollywood napędzają indyjski przemysł filmowy nie mniej niż same produkcje.
Budżet bollywoodzkiego filmu waha się od 1,75 do 30 milionów dolarów. Kwotę tę pochłaniają nie tylko honoraria gwiazd, ale i egzotyczne plenery, efekty specjalne i prowadzona z rozmachem kampania reklamowa. Z ponad tysiąca filmów kręconych w ciągu roku, wiele z nich ma różne wersje językowe, albo angielskie napisy, zwłaszcza jeśli przeznaczone są one na rynek zagraniczny.
Niemniej jednak, pośród całej gamy komercyjnych celów, film bollywood ma oddziaływać na społeczeństwo, zwłaszcza na młodych ludzi. Tak stało się między innymi z nakręconym w 2006 roku filmem "Rang de Basanti", który nawoływał młode pokolenie do zaangażowania się w życie społeczne. Zaś piosenki z tego filmu, z których wiele jest autorstwa samego A.R. Rahmana, stały się hitem i synonimem walki o lepsze jutro.

Na koniec chciałabym wspomnieć o tzw. kinie nowej fali. W latach 50. i 60. XX wieku kino autorskie zdominował Satyajit Ray. Jego skłaniające do refleksji filmy przedstawiały codzienne życie w wioskach i miasteczkach Indii. Koncentrując się bardziej na realiach, niż na fantazjach i rozrywce, utorował on drogę takim reżyserkom jak Deepa Mehta i Mira Nair, które zdobyły międzynarodowe uznanie i wywierają wpływ na życie społeczne. Polecam szczególnie moje ulubione (choć nie najważniejsze) filmy w reżyserii Miry Nair, takie jak: "The Namesake", który dotyka problemu tożsamości, czy "Salaam Bombay", w którym reżyserka skupia się na losie dzieci ulicy i burdeli Bombaju.
A co z innymi, regionalnymi odmianami indyjskiego kina? :-) Tak jak Bollywood, które składa się ze zbitki słów Hollywood i Bombaj, tak i mamy do czynienia z Tollywood (telugu), Kollywood (tamilski), czy Mollywood (malajalam). Przyznam się szczerze, że nie miałam okazji poznać zbyt wielu filmów wyprodukowanych poza Bombajem, znam natomiast kilka filmów produkcji tamilskiej. I w związku z tym byłoby grzechem gdybym nie wspomniała o niekwestionowanej i uwielbianej gwieździe, jaką jest Shivaji Rao Gaikwad, znany również jako Rajnikanth.

Pieszczotliwie nazywany przez fanów "Rajini" jest jednym z najpopularniejszych współczesnych aktorów indyjskich. I choć sam Rajnikanth pochodzi z Bangalore, jest on otoczony kultem niemalże sakralnym przede wszystkim w stanie Tamil Nadu. Ten fakt mogę potwierdzić, gdyż Pari pochodzi z tego regionu Indii i mocno wychwala Rajinikantha, którego fenomenu ciągle jeszcze nie do końca rozumiem. Ale to jest chyba związane z mentalnością Hindusów, więc nie będę polemizowała ;-) Faktem jest, że Rajini doczekał się nagród filmowych jego imienia: Superstar Rajini Award i Rajinikanth Legendary Award, choć pogłoski mówią, że sam gwiazdor jest nastwiony do nich sceptycznie.
A jak to jest w samym indyjskim kinie? Jest okrutnie zimno! Jeżeli więc jesteście w Indiach i macie ochotę na film, koniecznie ubierzcie długie spodnie i bluzę. Hindusi mają irytujący zwyczaj ustawiania klimatyzacji na bardzo niskie temperatury. Sam film poprzedzać będzie dość długi blok reklamowy. Jako jedne z pierwszych przedstawione są zazwyczaj krótkie filmy z serii "Terrorism STOP". Są to scenki zwracające uwagę na porzucone przedmioty i sygnalizujące działania jakie należy podjąć w sytuacji zagrożenia, uczulające społeczeństwo indyjskie do działania. Następnie będziemy musieli powstać do hymnu.


Wcale nie żartuję! Sama po raz pierwszy spotykam się z aktem patriotyzmu w takim miejscu, chociaż przyznam, że z mojego punktu widzenia to zupełnie niepoważne. Powyżej wersja hymnu, którą możecie zobaczyć w kinach pvr.
Same filmy są cenzurowane. Weźmy na przykład "Titanica". Wszelkie sceny na których można zobaczyć nagą część kobiecego ciała zostały wycięte lub mocno ocenzurowane, a więc: sceny szkicowania Rose, scena miłości w samochodzie, sam szkic Rose, a nawet kubistyczne kształty na obrazie Picassa ;-) Tego wszystkiego na indyjskim ekranie nie zobaczymy. Słowa zaś takie jak "bitch" zgrabnie zamieniane są na "witch". W kinie indyjskim będziemy również przestrzegani przed zgubnymi konsekwencjami palenia tytoniu. Oznacza to, że w każdej scenie w której bohaterowie zaciągają się papierosem, cygarem lub żują tabakę, będzie pojawiał się napis: "smoking is injurious to health". Fajnym ułatwieniem są natomiast napisy po angielsku i nie ma tutaj znaczenia czy film jest w angielskiej wersji językowej. Bilet do kina kosztuje w sieci kin pvr 80 rupii w dzień powszedni (ok. 4,50zł), a w weekend nawet 130 rupii (ok. 7zł). Premiery są zazwyczaj dużo droższe (ok. 200-250 rupii). W samym kinie oprócz miejsc zwykłych, które są naprawdę bardzo wygodne, są również dostępne miejsca dla vip'ów. Są to duże, komfortowe fotele w ostatnim rzędzie. Przesiadać się w trakcie filmu nie polecam, gdyż bardzo szybko przyjdzie ktoś z obsługi kina i zapyta nas, czy mamy bilet na to miejsce. Dodatkową usługą jakiej nie uświadczymy w Polsce jest możliwość zamówienia przekąsek i napojów, które zostaną nam dostarczone na miejsce w czasie przerwy. Musicie bowiem wiedzieć, że podczas każdego filmu, i nie ma tutaj znaczenia czy trwa on półtorej, czy trzy godziny, jest mniej więcej w połowie dziesięciominutowa przerwa. Czasami taka przerwa jest mocno irytująca, zwłaszcza gdy film zostanie zatrzymany w takim momencie, w którym zatrzymany być nie powinien. Sami Hindusi reagują wtedy zazwyczaj głośnym: buuuu, albo: nooo ;-)
Na koniec polecam Wam http://timesofindia.indiatimes.com/entertainment/previews/bollywood. Każdy, kto chciałby śledzić na bieżąco nowości kinowe powinien tam zajrzeć. Podobno bardzo szybko pojawiają się one potem w internecie! Piractwo jest wprawdzie zabronione, ale na ulicy łatwo spotkać kogoś, kto dysponuje nieoryginalnymi wersjami wszystkich najnowszych hitów. Ale jak to w Indiach, absurd goni absurd :-)

niedziela, 28 lipca 2013

Informacje o nowych wpisach na bieżąco ;-)

Ponieważ jestem szczęściarą i mam tylu czytelników, założyłam na facebooku grupę "Ola w Indiach", gdzie będę wrzucała informacje o nowych wpisach. Także zapraszam na https://www.facebook.com/groups/497459880330566/ :-)!! 

Indie magiczne

Jeżeli macie ochotę na dłuższą chwilę przenieść się do egzotycznych Indii i na Cejlon, to mam dla was propozycję. Pierwszą z nich jest jedna z moich ulubionych książek, absolutnie magiczna malajska saga rodzinna, od której ciężko się oderwać. Jeżeli jeszcze o niej nie słyszeliście, to gorąco polecam pozycję Rani Manickiej "Matka Ryżu". Opisane są w niej dzieje pewnej rodziny od początku lat 30. XX wieku, aż do współczesności.

W opowieść wprowadza nas urodzona na Cejlonie Lakszmi, która po beztrosko spędzonym dzieciństwie, zmuszona jest opuścić kraj i w wieku 14 lat wyjeżdża na Malaje. Powodem tak nagłej zmiany w jej życiu jest małżeństwo z Ają, trzykrotnie starszym od niej wdowcem. Matka Lakszmi, która nie chciała skazywać córki na podobny jej los, przyjęła tę propozycję za namową swatki, która przedstawiła Aję jako człowieka majętnego. Bardzo szybko Lakszmi odkrywa, że nie jest on osobą, za jaką się podawał. Nie poddaje się jednak rozpaczy i bierze los w swoje ręce. Lakszmi staje się ostoją rodziny, zapewniającą dostatek i szczęście, uosobieniem Matki Ryżu, jednej z najstarszych bogiń czczonych w Azji Południowo-Wschodniej.
Rani Manicka jest również autorką "Japońskiej parasolki" i "Dotknięcia ziemii". Wszystkie przeczytałam, jednak "Matka Ryżu" jest moją zdecydowaną faworytką. To jedna z tych książek, które zaczynasz czytać i mimowolnie się usmiechasz... :-)

Chciałabym przedstawić Wam jeszcze jedną pozycję, która podbiła moje serce. Są to "Tygrysie Wzgórza" autorstwa Sarity Mandanny. Akcja rozgrywa się pod koniec XIX wieku w południowych Indiach, w Kodagu. To historia bardzo pięknej Devi, która zakochuję się w Maću, sławnym pogromcy tygrysa.
Nie jest to jednak historia ze szczęśliwym zakończeniem. Sprawy przybierają tragiczny obrót, kiedy w sercu Dewanny, najbliższego przyjaciela Devi z dzieciństwa, budzi się uczucie do niej.
"Tygrysie Wzgórza" to historia przesiąknięta zapachem kardamonu i kawy. Książka na kartach której odnajdujemy magiczne Indie!

Jestem pewna, że obie powieści przypadną Wam do gustu. Zwłaszcza jeżeli interesujecie się tym zakątkiem świata, to godna lektura na letnie wieczory :-) Miłego czytania!






czwartek, 25 lipca 2013

FRO i policyjnych ekscesów ciąg dalszy!

Indyjska biurokracja jest tak fascynująca, a urzędnicy i policja tak skorumpowani, że ciągle jeszcze nie mogę przejść do porządku dziennego nad moimi kolejnymi wizytami w FRO. A może moja cierpliwość jest już na wykończeniu i powoli wkrada się frustracja, a może to tylko monsunowy deszcz tak na mnie działa. W każdym razie papiery leżą od ponad miesiąca złożone gdzieś w czeluściach urzędu i nie dzieje się nic. Prawie nic, gdyż zostałam zawezwana do przyniesienia zaświadczenia o niekaralności. Prosta sprawa, pomyślałam, w Niemczech płaciło się 17 Euro, a samo zaświadczenie przychodziło pocztą. Tutaj w Indiach na posterunek policji musisz udać się sam i sam takoweż zaświadczenie zdobyć. A zdobycie go bez uiszczenia łapówki to rzecz nielatwa, więc muszę przyznać, że jestem z siebie dumna :]
Budynek policji w mojej super dzielnicy, jak większość budynków urzędowych to straszna rudera. Pan oficer przyjął nas o godzinie 16ej i nie prędko stamtąd wyszliśmy. W pokoju leżały całe sterty zakurzonych akt, kilka zeszytów "przyszedłem, wyszedłem, odebrałem", a atmosferę umilały stare indyjskie szlagiery. Przez około godzinę próbowaliśmy tłumaczyć naszemu oficerowi o jakie zaświadczenie nam chodzi. W końcu dowiedziałam się, że najpierw muszę wypełnić kolejny papier o zameldowaniu w miejscu gdzie mieszkam. Podałam więc zadowolona moją C-form, która jest odpowiednikiem naszego zameldowania, ale Pan policjant otworzył tylko oczy szeroko ze zdziwienia: jak to jest możliwe, że mam C-form, bez uprzedniego wypełnienia formularza o zameldowaniu i odmówił wydania zaświadczenia. W międzyczasie w pokoju zjawił się jakiś Pan, który bieglej władał angielskim. Nie wiem kto to był, ale w dyskusję się wmieszał. Oczywiście z jego perspektywy sprawa jest bardzo, bardzo trudna, ale on ma przyjaciela, który takimi sprawami się zajmuje, on pomoże. Popatrzyłam na niego i zapytałam: Ile? Mnie żadnych pośredników nie potrzeba, a jak będzie trzeba to mam sprawdzonych znajomych, którzy prowadzą taką działalność. Stanęło na tym, że mam iść do zarządcy mojej society, który ma mi wypisać zaświadczenie, że tam mieszkam. Tłumaczę więc, że society nie ma obowiązku wystawienia mi takiego zaświadczenia, no i skąd zarządca może wiedzieć, kto aktualnie wynajmuje mieszkanie. Przecież pokazałam moją C-form, na której był (huh) podpis właściciela, pana Mirchandiego, że ja Aleksandra Karasiewicz, obecnie wynajmuję je razem z Parim.
Jak przypuszczałam society nie chciała mi wydać takiego zaświadczenia, więc znowu udaliśmy się na komisariat. Kolejne tłumaczenie, że jeżeli rzeczywiście potrzebują takiego zaświadczenia, dlaczego nie mogą mi dać odpowiedniego druku, przecież w Indiach na wszystko są druki. Policjant był uparty jak osiołek. Uczepił się tym razem argumentu, że moja C-form jest nieważna, a przecież podbita i wydana przez samo FRO. No więc skoro FRO popełniło błąd, to nie moja to wina, a skoro nie, to na pewno gdzieś jest druczek. Kolejna porażka. Powiem szczerze, że w tym momencie zadzwoniłam do Mr. Maka, który zbierał moje dokumenty i powiedziałam, że nie jestem w stanie zdobyć tego zaświadczenia bez łapówki, a łapówki wręczyć nie zamierzam. Pan Mak to bardzo sympatyczny pan z FRO, który prowadzi mój "case". Dwa tygodnie temu zjawił się mocno zapowiedziany, żeby sprawdzić, czy aby na pewno mieszkam z Parim, czy też uprawiamy małżeństwo dla papierów. Ja natomiast ucieszyłam się z towarzystwa, zaproponowałam herbatę i wciągnęłam pana Maka w rozmowę. Dowiedziałam się, że najczęściej nielegalni imigranci pochodzą z Iranu i Pakistanu. Sporo Filipińczyków. Ciekawa byłam też, jak w takim ogromnym kraju złapać takiego nielegalnego przybysza i powiem, że odpowiedź mnie zaskoczyła. Donosy. No cóż. Ciekawe czy na mnie też ktoś już doniósł! Pan Mak był w każdym razie szczerze zachwycony, że jestem chrześcijanką i, że na dodatek pochodzę z kraju papieża. I tak zaskrobiłam sobię sympatię pana policjanta na urzędzie ;-)
No i to właśnie pan Mak zadzwonił na policję w Viman Nagar i postraszył ich tam do tego stopnia, że następnego dnia moje zaświadczenie było gotowe, podpisane i do odebrania. Kiedy po nie przyszłam minęłam się z kimś, kto też odbierał jakiś papier, po czym wręczył policjantce 200 rupii, a ta włożyła je do kieszeni, uśmiechy, podziękowania i do widzenia. Wiem, że to nie jest majątek, ale po prostu się tym brzydzę. Ode mnie też Pani policjantka oczekiwała tipu, ale usmiechnęłam się i wyszłam. Grrrrrrrrrr!
Kolejny dzień znowu spędzilismy w FRO. Chociaż już miałam komplet dokumentów, dalej nie dobrze. Umówilismy się na spotkanie z okropnym panem Joshim. A ten najpierw rzucił okiem na wypłatę Pariego, potem szybko przeszedł do aktu małżeństwa i kazał nam po raz kolejny przyprowadzić świadków, żeby zaświadczyli o prawdziwości dokumentu. Mieli zjawiać się dzień po dniu, punkt 4ta po południu. Wiadomo było o co chodzi i już powoli mieliśmy dość. Pan Mak przewrócił oczami i wyszedł, a i jego komentarz był jednoznaczny: I am tired of this...
Postanowiliśmy jednak nie poddawać się tak łatwo i przyprowadziliśmy Mr Pai'a i jego żonę Vidiyę. Cierpliwie czekałam pod gabientem Joshiego, godzina 4ta mijała, a on nas ignorował. W końcu weszłam, przeprosiłam i spytałam, kiedy może przyjąć mnie i moich świadków, którzy przyszli jak prosił. Ten popatrzył tylko na mnie i machnął ręką, żebym teraz sobie poszła i przyszła jutro. Nie dałam się jednak i wiedząc jak bardzo arogancki był on wobec mnie i innych wcześniej, włączyłam dyktafon w telefonie, nic innego mi do głowy nie przyszło. Kilka razy jeszcze grzecznie poprosiłam, w końcu nasi świadkowie specjalnie zwolnili się z pracy, żeby nam pomóc. Niestety pan Joshi był okropnie niemiły i literalnie kazał mi się wynosić. Dałam mu do zrozumienia, że znam swoje prawa i, że jego obowiązkiem jest ich przyjąć skoro tego zarządał. Okazało się, że ego Starszego Pana Policjanta nie wytrzymało krytyki młodej dziewczyny. A dodam, że przy moim temperamencie byłam i tak bardzo grzeczna. Musiałam się strasznie hamować, chociaż widziałam, że już nawet Pari, który zazwyczaj jest oceanem spokoju, zaczynał się wkurzać. Poprosiliśmy więc pana Maka o pomoc i ten próbował się wstawić za nami.
W pokoju siedziała jeszcze inna para, Filipinka i Hindus, no i zaczął się cyrk. Pan Joshi kazał Filipince opowiadać jej historię. Cierpliwie tłumaczyłam, że nie chcę jej słuchać, bo to jest prywatna sprawa tych państwa, ale pan Joshi wpadł w furię. Zaczął wykrzykiwać, że nasze dokumety zamiast do Delhi pośle do Chennai, do sprawdzenia, zaczął wypytywać, czy nasi rodzice w ogóle wiedzą co my tutaj wyprawiamy, a potem przeszedł do obraźliwych rzeczy, których nie będę już tutaj cytowała. Pari się wściekł, zapowiedział, że w takim razie przyprowadzi media i zobaczymy czy będzie taki skory do takiego obrażania. Joshi chyba jednak się trochę przestraszył, bo kazał panu Makowi wziąść od świadków zaświadczenie (napisane ręcznie na zwykłej kartce papieru) i powiedział, że już nikogo nie muszę przyprowadzać.
Powiem jednak, że kosztowało mnie to bardzo dużo nerwów. Moje dokumety od dwóch miesiecy leżą sobie, ja nie mam w paszporcie wizy, a oni sobie tutaj urządzają zabawy w kotka i myszkę. Wiem, że powinnam wreszcie zrzucić klapki z oczu i przestać się wkurzać o każdą rzecz, ale to jakoś nie leży w mojej naturze. W biurze dla obcokrajowców, obcokrajowcy są obrażani i wyzywani... Powiem tylko, że na koniec dowiedziałam się kto jest przełożonym pana Joshi i poprosiłam o spotkanie. Na początku mi odmówiono, ale byłam w kiepskim humorze i pogroziłam im, że przyprowadzę media, bo moja cierpliwość ma określone granice. Urzędniczka, która to aranżowała, tłumaczyła potem w hindi śmiejąc się, że kolejna chce się poskarżyć na Joshi Sir...
Przyjął nas najwyższy oficer policji w FRO, Mr. Mane. To bardzo spokojny człowiek, wytłumaczyliśmy mu więc w czym rzecz, ale sprawą średnio się zainteresował. Być może moja teczka nie wyląduje w koszu i nie będzie więcej wymyślania coraz to nowych rzeczy, żebym się zniechęciła i zapłaciła. Co do aroganckiego zachowania pana Joshi i wyzwisk, no cóż... Mr. Mane z pewnością wie co się dzieje, ale nic nie może zrobić. Generalnie olał sprawę.
Jutro po raz kolejny mam się stawić w FRO, w jakim celu, tego nie wiem. Ale moja wiza nadal nie jest gotowa, a ja jestem uziemiona do czasu, kiedy naklejka znajdzie się w moim paszporcie.
Tak to wygląda w indyjskich urzędach na każdym kroku. A opowieści znajomych i ich doświadczenia potwierdzają, że nie tylko ja borykam się z takimi problemami. Czas spać i przestać myśleć o całym tym papierowym kramie. Dziś moja mama posłała paczkę ze słodyczami :-) Tym razem ekonomiczną. Ciekawe ile będzie szła, bo na samą myśl o zawartości robię się głodna :-) Dobranoc!