środa, 26 lutego 2014

Love, love

Niedawno nie przypadkiem wpadła mi w ręce pewna książka. Książa o miłości. Z mojej perspektywy jest to pod wieloma aspektami dość banalna historia, lecz kiedy popatrzymy na nią przez pryzmat indyjskiej obyczajowości, to szybko zrozumiemy, dlaczego wywołała ona falę tak kontrowersyjnych dyskusji na subkontynencie. Opowieść ta nie tylko narusza wszelkie przyjęte w społeczeństwie normy, ale też dotyka tematu dla Indusów mocno niezręcznego. W końcu w Indiach na lakoniczne "Boy loves girl. Girl loves boy. They get married" nie ma miejsca. Zasada jest jasna: "Girl's family has to love boy. Boy's family has to love girl. Girl's family has to love boy's family. Boy's family has to love girl's family." Dopiero kiedy te wszystkie warunki zostaną zachowane, związek uczuciowy dwojga ludzi może zostać przypieczętowany na ślubnym kobiercu. Sytuacja mocno skomplikowana, za dużo ludzi musi się kochać, aby dwójka niekoniecznie darzących się uczuciem i niedoświadczonych młodzików mogła przejść przez życie razem. A co, gdyby jednak okroić tę historię? Co jeśli dziewczyna po prostu zakocha się w chłopcu, a ten odwzajemni jej uczucie? Dopiero wtedy w Indiach zaczynają się schody i o tym właśnie opowiada książka indyjskiego autora Chetana Bhagata "Two States. The story of my marriage", gdzie konflikt dwojga zakochanych dodatkowo podsyca fakt, iż pochodzą oni ze skrajnie różnych kulturowo stanów Punjab i Tamil Nadu. Pendżabczycy znani są bowiem ze swojego nieskomplikowanego nastawienia do życia, gwałtowności i sporej dozy ekstrawagancji. Tamilowie natomiast hołdują starym obyczajom, dyscyplinie i powściągliwości. Mimo tych wszystkich przeciwności para decyduje się obrać trudną i niepewną drogę dla pozyskania serca rodziców, zaś opcja ucieczki nie wchodzi w grę.

Czy młodym kochankom udało się zrealizować swój plan? Tego wam nie zdradzę, choć pewnie już domyślacie się finału tej historii, która, bądź co bądź, przypomina wiele bollywoodzkich produkcji. Faktycznie wątek nie aranżowanej miłości, takiej od pierwszego wejrzenia, odnajdziemy w wielu filmach, choćby w "Kabhi khushi kabhie gham", "Devdasie", "Veer Zaara" czy w "Dil Se" - tytułów nie brak. Zresztą nie wiem, czy jest gdzieś kraj w którym produkuje się więcej filmów o miłości niż w Indiach. A jednak indyjskiemu społeczeństwu takie miłości piaskiem w oczy. Na ekranie owszem, w życiu - nigdy. No i tak z jednej strony mamy beletrystykę i filmy bollywood, a z drugiej społeczeństwo, które chłonie te filmy i historie z zapartym tchem, marzy, ale nie pozwala sobie na nawet najmniejsze przekroczenie granicy, ale czy na pewno?
W Indiach życie wciąż toczy się mocno utartym schematem. W wielu regionach dziewczynki są często kształcone tylko po to, by w ten sposób zwiększyć ich szansę na znalezienie męża z wyższej warstwy społecznej, a tym samym na lepsze życie. Bardzo często po ślubie obowiązek utrzymania rodziny przejmuje mężczyzna, a kobieta z tytułem magistra zamienia się w etatową panią domu. Kiedy na świat przychodzi dziecko wiele Indusek już na zawsze odsuwa od siebie wszelkie plany kariery zawodowej. Ich życie będzie ograniczało się teraz do czterech ścian ich własnego mieszkania. Choć wiele z nich marzy, aby pójść do pracy, spotykać się z ludźmi, to nigdy nie wypowiedzą tego życzenia na głos. A mąż jest, ale jak gdyby go nie było. Ponieważ dziewczynki i chłopcy są od siebie izolowani, często nie potrafią spędzać wspólnie czasu. Społeczeństwo też nie patrzy przychylnie na spotykających się młodych obojga płci. Dlatego często odnoszę wrażenie, że w Indiach kobiety i mężczyźni mają swoje dwa osobne światy, a partnerstwo, które w naszej zachodniej kulturze jest bardzo modne, w indyjskiej nabiera zupełnie innego znaczenia.
Nie ma co ukrywać, Europa i Indie to dwa tak odmienne światy, że czasami aż trudno uwierzyć, że można je w jakikolwiek sposób połączyć. A jednak Amor nie wybiera i coraz więcej mamy par mieszanych, przy czym najczęściej jest to dziewczyna - Europejka i chłopiec - Indus. On - przystojny, egzotyczny, najczęściej student na zagranicznej uczelni, Ona - absolutnie zakochana i oczarowana nieznaną kulturą. Wie, że mogą być trudności, w końcu w Indiach musi zostać zaakceptowana przez rodzinę wybranka, ale na razie jest dla miłości gotowa zrobić i poświęcić wszystko. Zresztą oglądała wiele filmów bollywood i zachłysnęła się cudownymi kolorowymi Indiami. Generalizując nieznośnie, tak to właśnie bardzo często wygląda.
Spójrzmy na to to jednak z drugiej strony. Dziewczyny, zwłaszcza Polki, często nie zdają sobie sprawy, że dla Indusów to my jesteśmy egzotyczne. Nie wspominając już o rasowych blondynkach! Ponad to wielu z nich ma po raz pierwszy w życiu do czynienia z dziewczynami, które są miłe i otwarte i pociąga ich to. Jednocześnie często już od samego początku wiedzą, że nigdy żadnej z tych dziewczyn swoim rodzicom nie przedstawią. Pewnego dnia kilkuletni związek zakończy się, a dziewczyna dowie, że rodzina już zaaranżowała synowi małżeństwo z Induską. Chłopak oczywiście nic nie zrobi, bo nie w naturze Indusa jest sprzeciwiać się rodzicom. Niestety bardzo często mamy do czynienia z tak smutnym scenariuszem, a jest to rezultat braku świadomości tego w jak bardzo różnych środowiskach się wychowaliśmy. Nie znając obyczajowości indyjskiej dziewczyna nie może wiedzieć w jakim stopniu związek pomiędzy osobami z dwóch różnych światów narusza ich normy społeczne. Partnerstwo osób z różnych kast, stanów, czy przynależących do różnych religii nie jest w Indiach na porządku dziennym, a historie te często kończą się tragicznie. Europejkom, które Indie często znają jedynie z produkcji bollywoodzkich, trudno jest to zrozumieć, a tym bardziej zaakceptować odmienność swojego wybranka. Dlatego niezmiernie trudno jest odpowiedzieć na pytanie czy taki związek może być szczęśliwy. 
Na pewno będzie w nim więcej bólu, więcej wyrzeczeń i kompromisów. Dziewczyny, które chciałyby spróbować odnaleźć się w takim związku, powinny dowiedzieć się jak najwięcej na temat rodziny ukochanego. Jeżeli ten po dłuższym czasie wciąż zwleka z przedstawieniem nas mamie lub siostrze, lub o nas w ogóle nie wspomina, warto dociec przyczyny. Bardzo ważnym jest również, aby już na początku takiego związku ustalić pewne rzeczy. Mam na myśli tutaj zwłaszcza problem religii, który daje o sobie znać wraz z pojawieniem się pierwszego dziecka. Nie wolno decydować się na pochopny wyjazd do Indii, które bądź co bądź kuszą i przyciągają. Dlatego miesięczne wakacje to dobry okres aby choć w niewielkim zakresie poznać miejsce w którym chłopak się wychował, a najlepiej jego rodzinę. Trzeba pamiętać, że indyjski świat, to jednak wciąż świat w którym rządzi mężczyzna. 
Oglądając najpiękniejsze produkcje rodem z Indii trudno nam będzie uwierzyć, że historie przedstawione na dużym ekranie to tylko wymysł wyobraźni. Choć Indusi jeszcze do siebie takiego uczucia nie dopuszczają, to w młodym pokoleniu powoli budzi się chęć stanowienia samemu o swoim życiu. Nastolatki spotykają się na uczelni, robią wspólne projekty, pracują, a przy tym jest mała szansa, że nie zaiskrzy. Niestety opór społeczeństwa jest wciąż bardzo duży przez co dochodzi do częstych ucieczek młodych zakochanych. Nierzadko też młodzi ludzie spotykają się przez wiele lat wiedząc, że pewnego dnia małżeństwo któregoś z nich zostanie zaaranżowane przez rodziców. Do tego czasu przeżywają prawdziwą miłość i nie mając żadnego planu jak uratować to uczucie żyją chwilą. Nie ulega jednak wątpliwości, że Indie wykształcone bardzo powoli, ale się zmieniają, a tryumf miłości od pierwszego wejrzenia jest prawdopodobnie tylko kwestią czasu!

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Krowa - zwierzę święte?

W indyjskiej tradycji religijnej zajmuje ona szczególne miejsce pośród wszystkich stworzeń. Nosi miano "bogini" i chociaż nie oddaje się jej czci w świątyniach podobnie jak innym bóstwom, to zawarte w świętych księgach Indii - Wedach - nakazy jasno mówią o szacunku dla... krowy: Mówię do was: nie krzywdźcie krów, ponieważ wyrządzając im krzywdę, krzywdzicie ziemię i całą ludzkość (Rygweda 8.101.15). Jeżeli taki przekaz znalazł odzwierciedlenie w zbiorze esencji indyjskiej mądrości, to możemy sobie wyobrazić jak ważną rolę krowa odgrywała w starożytnych czasach. Czy jednak Indie współczesne otaczają te zwierzęta podobnym szacunkiem? Z jednej strony sam Gandhi wyrażał się o krowach z najwyższym uznaniem: Dla mnie krowa jest ucieleśnieniem wszystkich form życia poniżej ludzkiej. Dzięki niej wierzący człowiek może odczuwać swoją jedność ze wszystkimi żywymi istotami... Chronić krowę to chronić wszystkie boże stworzenia. Jego słowa odwołują się do przede wszystkim do użyteczności tych zwierząt, a więc do pięciu substancji, które można otrzymać właśnie dzięki krowie. Są to: mleko, twaróg, ghee (sklarowane masło), ale także uryna i łajno, które w Indiach uważa się za substancje o właściwościach oczyszczających. Krowy odgrywają  również ważną rolę w ekonomii tego kraju. Krowie łajno sprawdza się świetnie jako tani nawóz, a nie rzadko przechowuje się je również w podziemnych zbiornikach, gdzie powstaje z niego metan, używany potem do ogrzewania, czy gotowania. W biedniejszych częściach kraju jest ono również używane jako środek do dezynfekcji, kompresów i czyszczenia.
To właśnie według tradycji krowy bardzo drogie są bóstwu Krysznie, który nierzadko zwany jest Gopalem lub Gowindą, co oznacza, że darzy on wielką miłością właśnie te zwierzęta. Nie wspominając już o nazwie świętej ziemi Kryszny - Wradż (pastwisko) i jego duchowej siedzibie Goloce (świat krów), które mówią same za siebie. Sam wątek miłości bóstwa do krów przewija się również w całej literaturze wedyjskiej. Stąd też wynika fakt, iż Wedy kładą szczególny nacisk na poszanowanie życia wszelkich istot, a zwłaszcza krów. Nighantu, czyli swoistego rodzaju wedyjska "encyklopedia", podaje aż dziewięć sanskryckich nazw krowy. Tylko kilka spośród nich to aghnja, czyli "nie do zabijania", ahi, a więc "ta, której nie wolno zabijać", czy aditi - "ta, której nie wolno ranić". Wszystkie te określenia wskazują na szczególną, można by powiedzieć uprzywilejowaną pozycję krowy pośród innych zwierząt i znajdują się również w Mahabharacie. 
Wedy, które wielokrotnie podejmują temat bogiń-matek, mówią nie tylko o szczególnym szacunku wobec tych zwierząt, ale i jasno wskazują drogę postępowania wobec tych, którzy mogliby dopuścić się zbrodni zabicia świętego zwierzęcia: Krowy nazywane są aghnja, co wskazuje, że nie wolno ich zabijać. Któż więc popełniłby taki czyn? Ten kto zabija krowę lub byka, z pewnością dopuszcza się najbardziej ohydnej zbrodni (Śanti-parwa 262.47).

Wygląda jednak na to, że w dzisiejszych czasach istnieje duża przepaść między teorią i praktyką, a Indie pokazują całkowicie inną twarz pretendując do roli jednego z największych eksporterów wołowiny na świecie. Pomijając jednak ten fakt, chciałabym skupić się na "codzienności" zwierząt określanych mianem świętych. Rzeczywiście, krowy możemy spotkać w najmniej przez nas oczekiwanym momencie lub w najmniej odpowiednich miejscach, biorąc pod uwagę fakt, że żyje się w dużym mieście. Często spacerują one poboczem drogi szybkiego ruchu, lub chodnikiem, nie zważając na pędzące samochody, wściekle trąbiące ryksze i przeciskających się przez to wszystko ludzi. Czasami towarzyszy im właściciel, czasami pastuch, lecz najczęściej krowy te zmierzają w nieznanym kierunku i najprawdopodobniej są niczyje. Można je spotkać leniwie wyciągnięte na plaży, czy na terenach zielonych. Wszędzie jednak gdzie tylko natknęłam się na boginie-matki zauważyłam, że ludzie zdają się nie zwracać na nie uwagi, choć ja prawie krzyknęłam ze strachu, kiedy pewnego dnia wracając z zakupów drogę przeciął mi dorodny byk. Krowy zdają się być majestatyczne, kroczą powoli uodpornione na hałas i na tłumy ludzi. Nie rzadkim widokiem jednak są też zwierzęta okrutnie wychudzone, przeżuwające plastikowe torby i inne wszechobecne śmieci. Taki widok zawsze budził we mnie formę zaprzeczenia. Tak wielu głodnych ludzi przechodzi obojętnie obok tych zwierząt, często z wymionami boleśnie nabrzmiałymi od mleka. Indusi jakby zapomnieli o bogini, nie biorąc zupełnie pod uwagę możliwości wyprowadzenia zwierzęcia na tereny zielone, zwłaszcza na obrzeżach miasta.
W miastach, w przydrożnych dhabach, można też kupić potrawy z wołowiny. Mocno przyprawione, pikantne mięso wołowe z cebulą udało mi się dostać w formie gulaszu. Fakt, że nie miałam żadnego problemu z zakupem wołowiny świadczy też o tym, że Indusi chyba lubią to mięso, choć w żadnym tradycyjnym domu się go nie przyrządza. Zaryzykuję też stwierdzenie, że konsumpcja gulaszu wołowego jest raczej domeną mężczyzn, którzy często nie podporządkowują się religijnym nakazom. I dlatego choć mięso to jest dostępne, to z moich obserwacji wynika, że nie jest ono jeszcze szczególnie popularne. Wielkim znakiem zapytania jest również pochodzenie mięsa wołowego. W Indiach nie ma przepisów nakazujących oznaczenie pochodzenia danego mięsa. Jedynie w dużym supermarkecie znajdziemy na opakowaniu datę ważności. Mimo wszystko trzeba bardzo uważać i sprawdzać kupowane przez nas mięso, ograniczając jednak spożycie mięsa wołowego. W Indiach bardzo korzystna cenowo jest choćby przepyszna baranina, można również dostać wspaniałe ryby i owoce morza, nie wspominając już o wszechobecnym i niezwykle popularnym kurczaku. Będąc w Indiach trzeba jednak liczyć się z tym, że mięso jest drogie i przeciętna pensja nie pozwala cieszyć się nim zbyt często. Mięso to rarytas na jaki wielu Indusów nie może sobie pozwolić. To dlatego też w Indiach bardzo popularne są tanie restauracje wegetariańskie typu "Greenfields".
 Muszę przyznać, że mieszkając w Indiach mocno ograniczyłam spożycie mięsa, co oprócz ceny wynika również z faktu, że indyjska kuchnia wegetariańska jest przepyszna i mocno zróżnicowana. Dlatego jadąc do Indii warto odwiedzić "Shree Krishna" lub "Greenfields", a owoc zakazany, czyli wołowinę pozostawić Indusom ;-)


* Wszystkie cytaty Wed pochodzą z książki: 
Rosen Steven J., Nieznane piękno Indii, The Bhaktivedanta Book Trust International, Inc. 2011

niedziela, 8 grudnia 2013

Coś dla zdrowia!

Jakiś czas temu przedstawiłam Wam moje ulubione warzywo, okrę, zwaną w Polsce piżmianem jadalnym. Smaczne i zdrowe urozmaicenie wielu potraw, a zwłaszcza aromatycznego sambaru. Dzisiejszym bohaterem jest, może nawet bardziej popularna, przepękla ogórkowata, od lat ceniona za swoje walory zdrowotne w krajach azjatyckich, a także na kontynencie afrykańskim. Roślina ta, nazywana po polsku również balsamką ogórkowatą, zawdzięcza swoją nazwę zielonym owocom, nieco przypominającym ogórka.
Występuje ona przede wszystkim w krajach tropikalnych, jednak i u nas można spotkać ją w sklepach z azjatycką żywnością. Od niedawna przepękla uprawiana jest również na południu Europy, ze względu na cieplejszy klimat. Skąd jednak wzięło się zainteresowanie tym bardzo popularnym w Indiach, lecz niełatwym w uprawie warzywem u nas? Swoją sławę przepękla zawdzięcza właściwościom leczniczym. Udowodniono bowiem, że zawarte w niej substancje mogą mieć działanie przeciwnowotworowe i przeciwcukrzycowe. Spożywanie potraw z tym warzywem jest szczególnie polecane osobom chorującym na cukrzycę, gdyż zawarte w nim substancje skutecznie obniżają poziom cukru we krwi. Ponad to upodobany przez Indusów "bitter melon" albo "bitter gourd" jest bogaty w witaminy (A, B1, B2, C), zawiera minerały, takie jak żelazo, oraz lecytynę, która świetnie wpływa na pamięć, olejki aromatyczne i glukozydy. 

Choć przepękla jest prawdopodobnie najbardziej gorzkim warzywem na świecie, to zwłaszcza Indusi i Japończycy nad wyraz ją sobie upodobali. Każdy, kto podróżuje po Indiach powinien chociaż raz jej spróbować. Nie jest ona jednak łatwa w przygotowaniu, dlatego najpierw warto podglądnąć indyjskie mamy w kuchni, albo wybrać się do dobrej wegetariańskiej restauracji. 
Do przyrządzania potraw najczęściej używa się młodych owoców tej rośliny. Aby zniwelować gorzki smak, bitter gourd należy opruszyć solą i pozostawić na kilka godzin, a następnie porządnie opłukać w zimnej wodzie. Niektórzy zalewają go roztworem wody z solą i moczą przez kilka godzin, co również ściąga posmak goryczy. Kolejnym krokiem, aczkolwiek nieobowiązkowym, jest wycięcie pestek. Czasami Indusi zeskrobują też delikatnie zewnętrzną część warzywa, ale nie wydaje mi się to najlepszym rozwiązaniem po kąpieli solnej. To właśnie w skórce jest najwięcej witamin i substancji mających świetny wpływ na nasz organizm. 
Na koniec tak przygotowanie owoce można dusić, albo obsmażyć. W Japonii, a dokładniej w Okinawie, gdzie "gorzki melon" nazywany jest goyą, przygotowuje się specjalną zupę lub smaży goyę w cieście na głębokim tłuszczu. Indusi najczęściej podają bitter gourd w curry, gdzie dodatkowo niwelują gorzkawy posmak poprzez odpowiednie dodatki. Na południu subkontynentu niezwykle popularny jest kokos, na północy przepęklę podaje się z jogurtem, lub z innymi warzywami (sabzi). 

Ja bardzo lubię podawać bitter gourd z czerwoną soczewicą. Równie popularne jest curry z orzechami, które nie tylko są zdrowe, ale i delikatnie przełamują smak. W innych częściach świata "gorzki melon" podawany jest jako dodatek do mięs lub nim faszerowany, wyrabia się z niego soki (bardzo popularne w Japonii i w Indiach) i nalewki, zaś z jego liści po ususzeniu zdrowe herbatki. 
Bitter gourd to wspaniałe i oryginalne warzywo, które pięknie prezentuje się na talerzu. Dobrze przygotowane jest nie tylko ucztą dla podniebienia, ale i doskonałą potrawą dostarczającą naszemu organizmowi mnóstwo potrzebnych i ważnych elementów. Warto rzucić okiem na kilka przepisów internetowego szefa kuchni Vah Reh Vah, a potem spróbować swojej własnej wariacji kulinarnej z "gorzkim melonem" :-) Smacznego!

czwartek, 7 listopada 2013

Mangalyaan, czyli o tym jak Indusi chcą zdobywać Marsa

W 2008 roku Indie stały się areną dla międzynarodowego sukcesu, kiedy to wysłana przez nich pierwsza bezzałogowa sonda Chandrayaan-1 wykryła cząsteczki wody na Księżycu. I chociaż niecały rok później misja została zakończona na skutek niespodziewanej utraty kontaktu z sondą, to Indusi już po upływie niespełna 5 lat wysyłają w kosmos kolejną sondę, tym razem w kierunku Marsa. Celem tej misji jest nie tylko pochwalenie się zdolnościami technologicznymi kraju, ale i stworzenie nowych miejsc pracy.  

TV screen shot
Nie brakuje jednak w Indiach głosów mocno krytykujących start kosztującej 54 000 000 Euro sondy. Co czwarta głodująca na świecie osoba to Indus, podkreślana jest więc mocno konieczność zniwelowania w pierwszej kolejności problemów już istniejących na ziemi. Z drugiej strony wielu młodych ludzi jest podekscytowanych tym nagłym podbojem kosmosu. Mówi się o prestiżu oraz szybkim rozwoju Indii, przypieczętowanym poprzez właśnie takie osiągnięcia. 
Nie zmienia to jednak faktu, że stawka jest wysoka. Dotychczas tylko Stanom Zjednoczonym, Rosji i Europie udało się dotrzeć do Czerwonej Planety, a ponieważ plany Chin i Japonii zostały skazane na niepowodzenie, Indie mają szansę stać się w Azji numerem jeden w sprawie wypraw na Marsa. Szef ISRO Koppillil Radhakrishnan twierdzi jednak, że to nie wyścig o panowanie w kosmosie jest w tej kwestii rozstrzygającym czynnikiem. Podkreśla on znaczenie tego wydarzenia z naukowego punktu widzenia, gdyż misja ta mogłaby dostarczyć odpowiedzi na wiele nurtujących nas dzisiaj pytań, między innymi, czy na Marsie obecny jest metan, jak i pozwolić wyciągnąć wnioski na temat ewentualnej obecności człowieka na tej odległej planecie. 
Indie prowadzą własny program kosmiczny już od 1963 roku. Dotychczas jednak chodziło niemal wyłącznie o przedsięwzięcia kosmiczne, które można było wykorzystać dla poprawy jakości życia na Ziemi. Angażowano się więc w projektowanie, budowę, a także umieszczanie na orbicie satelitów mających usprawniać połączenia telekomunikacyjne, czy ostrzegać przed kataklizmami. Tym razem Indusi stawiają na rozwój ekonomiczny kraju chcąc przyciągnąć zagranicznych inwestorów. Wszystkie instrumenty pomiarowe, sonda, oraz rakieta wynosząca ją na orbitę są produkcji indyjskiej. Jeżeli misja zakończy się sukcesem, Indie staną się pierwszoligowym graczem na kosmicznej arenie. Taki obrót sprawy miałby pociągnąć za sobą gwałtowny boom przemysłu lotniczego, rozwój nawigacji i technologii satelitarnej oraz stworzenia milionów nowych miejsc pracy dla młodych i zdolnych Indusów. 
Sonda, która ma do przebycia ponad 780 mln kilometrów, powinna dotrzeć na orbitę Czerwonej Planety we wrześniu przyszłego roku. Sukces będzie dla Indii z pewnością istotnym punktem rozwoju, porażka pożywką dla sceptyków. Ja na razie będę mocno trzymała kciuki, bo Indie, które obecnie tkwią w kryzysie, potrzebują tego sukcesu. Chociaż muszę przyznać, że i w moim sercu tli się niewielki płomień niezrozumienia dla tej inwestycji. Gdybym jednak miała wybór, myślę, że nie wahałabym się w przeznaczeniu tych funduszy na rozwój szkół czy na pomoc dla najuboższych, ale przede wszystkim na rozwój infrastruktury kraju. Bo czy w tym wypadku można mówić o wyborze większego dobra?

Więcej informacji na temat misji sondy Mangalyaan znajdziecie tutaj.

niedziela, 13 października 2013

Navaratri

Dzisiejsze uroczyste obchody święta Navaratri zostały zakłócone przez tragedię, która wydarzyła się w pobliżu świątyni Ratangarh, około 60 km od miasta Datia w środkowych Indiach. Conajmniej 80 ludzi poniosło śmierć, a ponad 100 odniosło obrażenia w wyniku paniki jaka wybuchła wśród tysięcy wiernych, którzy próbowali przekroczyć most na rzece Sindh. Większość ofiar została stratowana na śmierć na moście, inni utonęli w rzece nie mogąc się uratować. W oficjalnych raportach mówi się o tym, że panika wybuchła w chwili, gdy ktoś rozpuścił plotkę o tym, że most jest bliski zawalenia się. Jednak na stronie Times of India możemy przeczytać szokujące zeznania świadków tej tragedii:

I was there at the bridge during the stampede and I have seen policemen dumping over two dozen pilgrims, some of them alive, into the river... 
Geeta Mishra, 55, a resident of Bhind

Piętnastoletni Asish, którego młodszy brat zginął wskutek licznych obrażeń po tym jak spadł z mostu, opisuje: I fell on my knees and begged the cops to allow me to take my brother's body home. But they pushed me off the bridge, saying that I too should die.  

Według zeznań wielu naocznych świadków, policjanci spychali pielgrzymów z mostu, a nawet kradli pieniądze oraz inne kosztowności z ciał, zanim wyrzucili je w odmęty rzeki Sindh. Bardzo szybko doszło do eskalacji negatywnych nastrojów. 

Jai Hind - Ugly face of Indian Police weaned on corruption, tools of politicians and they supplement their incomes with bribes. Never report a crime to an Indian Policeman - Instead of registering FIR - He will raid your house. Seek ways and means to fleece you with bribes. They are paid by public but have no customer care training or way to serve public.
Karam, Delhi

Chociaż problem korupcji jest powszechny w Indiach, a w internecie nie brakuje negatywnych komentarzy, to jednak wydaje się, że przejawy heroizmu można odnaleźć tylko w sieci. Większość Indusów godzi się na łapówki, a policja jak nie miała dobrego imienia, tak chyba na razie mieć go nie będzie. Tylko rozgłos zdobyty dzięki mediom pozwala zwrócić uwagę na poważne sprawy, takie jak tragedia nad rzeką Sindh, czy w Biharze. 

When there are so many witnesses, how can one ignore their statements. It is a very serious matter and media is requested to go deep into the matter and force the state govt. to take exemplary and swift action against the culprits.
Indranil Chowdhury, Bargarh

Njawiększym chyba problemem, który również zaobserwowałam, jest brak reakcji społeczeństwa. Indusi często bagatelizują poważne sprawy, reagując słynnym "that's India, what to do". Niestety tylko bardzo niewielka grupa ludzi walczy o lepsze jutro i wierzy, że w Indiach mogą nadejść zmiany. Sceptycyzm jednak udziela się również i mi, chociaż staram się ufać, że sprawa nie przycichnie, jak wiele innych po tygodniu, a winni zostaną ukarani. 


I jeszcze kilka słów o Navaratri. Festiwal ten dedykowany jest bogini Durdze, a obchodzony pod koniec pory monsunowej. Data ustalana jest według kalendarza księżycowego, tak więc zdarza się, że święto obchodzi się pod koniec września, lub na początku października. Samo słowo "navaratri" oznacza "dziewięć nocy", podczas których czci się kolejne wcielenia bogini. 
W różnych częściach kraju festiwal ten ma swoje tradycje i obchodzony jest na różne sposoby. Jednak chyba najbardziej znane i ekstrawaganckie uroczystości można przeżyć w zachodnich Indiach, w całym stanie Gujarat, oraz w Bombaju.
W zachodnich Indiach Navaratri obchodzone jest poprzez dziewięć nocy nieustannego tańca. 
Tradycyjne tany Gujaratu, takie jak Garba, czy Dandiya Raas wykonywane są przez tancerzy ubranych w bajecznie kolorowe ubrania. Tańczy się zaś w kole, używając przy tym małych zdobionych laseczek zwanych "dandiya", które są wykorzystywane również w dandiya raas. 
W Bombaju taniec przenosi się na stadiony i do klubów w całym mieście. I chociaż w tej ogromnej metropolii garba i dandiya wciąć zachowały tradycyjne elementy, to wprowadzenie "disco dandiya" dodało uroczystościom w Bombaju nowoczesnego, ale i czarującego smaku. W dzisiejszych czasach młodzi Hindusi uwalniają się w tańcu do fuzji zremiksowanych indyjskich hitów i głośnej muzyki pop.  
W Delhi elementem obchodów Navaratri są również "Ramlila plays", czyli pokazy teatralno-taneczne, przedstawiające życie Ramy. które odbywają się w całym mieście. Ostatniego dnia festiwalu podczas "Dussehra" spalana jest podobizna demona Ravana. Tradycje te mają swoje korzenie w mitologii indyjskiej. Według przekazów zawartych w "Ramayanie", Rama modlił się pierwszego dnia Navaratri do bogini Durgi o boską moc, potrzebną do zabicia Ravana. Otrzymał ją wprawdzie już ósmego dnia, Ravana pokonał on jednak dopiero dnia dziesiątego, stąd świętowanie "Dussehry". W tym roku największy wizerunek Ravana, aż 200 metrów wysokości, można zobaczyć podobno w niewielkim miasteczku Barara (około 80 km od Chandigarh).

Generalnie w ciągu dziewięciu dni Navaratri Bogini Matka czczona jest w jej różnych formach, jako Durga, Lakshmi oraz Saraswati. Każda z bogini czczona jest przez trzy dni z rzędu, zaczynając od Durgi, bogini zniszczenia, poprzez Lakshmi, która ma obdarzać dobrymi cnotami i szczęściem, aż po Saraswati, która wpaja mądrość i wiedzę duchową. Oddawaniu czci powinien towarzyszyć post, który odbywa się w godzinach porannych, wieczory zaś mają dawać wytchnienie w ucztowaniu i tańcu.  

Jak już wspomniałam wcześniej festiwal kończy się dziesiątego dnia "Dussehrą", czyli zwycięstwem dobra nad złem. Dussehra obchodzona jest głównie w północnych Indiach. W zachodnich rejonach kraju Navaratri i Dussehra obchodzone są pod nazwą Durga Pooja. 

Punktem kulminacyjnym jest jak już wspomniałam, palenie kukły Ravany. Także i ten ostatni dzień celebruje się w różnych częściach Indii na różne sposoby. W Mysore odbywa się wiele imprez kulturalnych i targów, a także niezwykła parada udekorowanych słoni, oraz strażników eskortujących konno boginię przez miasto. W Manali zaś bóstwa obwożone są na kolorowych wozach, nie brakuje też tańca i dobrej uczty. 

Dussehra jest uważana za najpomyślniejszy czas kultu przeróżnych "narzędzi" używanych do zarobkowania. W dzisiejszych czasach termin ten obejmuje również komputery, czy samochody! Korzenie tego zwyczaju można odnaleźć w "Mahabharacie". Zgodnie z legendą Arjuna ukrył swoją broń w drzewie. Kiedy bezpiecznie powrócił rok później w dzień Dussehry, odzyskał ją. W rezultacie bohater postanowił wielbić broń i drzewo. 

Na koniec taniec dandiya raas z miasta Kanpur, w północnych Indiach:

środa, 25 września 2013

Droga, którą idę

My Polacy mamy to już chyba we krwi, narzekamy na drogi, a zwłaszcza na nasze polskie. A ja dzisiaj odejdę od tego stereotypu i opowiem kilka faktów o drogach indyjskich. Drogach, które wzbudzają we mnie sporo emocji, bo nie umiem na nie patrzeć inaczej, niż przez pryzmat naszych dróg europejskich. A to przecież zupełnie inna bajka.

Opowiem dzisiaj o drogach w Maharastrze, na Goa i w stanie Tamil Nadu. A zacznę od Pune, gdzie miałam szczęście mieszkać przez ostatnie osiem miesięcy. Każdy, kto nigdy wcześniej nie był w Indiach może przeżyć lekki szok, gdyż przyzwyczajony do stałych reguł panujących na drodze, teraz będzie musiał się zmierzyć z totalnym chaosem. Na pierwszy rzut oka może wydawać się, że nie panują tutaj żadne zasady. Nie jest to jednak zgodne z prawdą, bo chociaż nie prowadzi się tutaj samochodu w podobny sposób jak u nas, to jednak jakoś trzeba sobie radzić. Weźmy typową miejską przelotówkę, po trzy pasy w każdym kierunku. W Indiach panuje ruch lewostronny, który choć nie zawsze przestrzegany, jest pierwszą i najważniejszą rzeczą na drodze. Czasami na jezdni namalowane są pasy, tych jednak jak gdyby nikt nie zauważał, więc niewiele jest z nich pożytku. Zazwyczaj pomiędzy oba pasami jezdni znajduje się pomalowany w żółto-czarne pasy krawężnik, który ma być przeszkodą w zjechaniu na pas w przeciwnym kierunku. Kiedy jednak takiego krawężnika nie ma, żeby nie stać w korku, Indusi wyprzedzają inne samochody na prawym pasie, jadąc w ten sposób pod prąd. Ponieważ infrastruktura dróg nie wydaje się być mocno przemyślana, toteż często, kiedy trzeba zjechać do jakiegoś konkretnego miejsca, które znajduje się po przeciwnej stronie jezdni, a kolejny zjazd jest za 2 kilometry, Indusi wybierają opcję "pod prąd". Stąd nierzadkim widokiem są zwłaszcza motory, ale i samochody osobowe jadące bokiem jezdni w przeciwnym kierunku.
Na indyjskich drogach nie ma znaków drogowych, żadnych zasad pierwszeństwa (oprócz chyba tej jednej, że kto ma większy samochód, ten lepszy), zasad mijania, nic z tego. Są za to tablice informacyjne, które są dla mnie fenomenem. Na takich tablicach znajdziemy różne przestrogi, takie jak: "Use water and electricity cautiously", albo "Don't drink and drive", lub "Please follow the lane discipline". Być może w takich miastach jak New Delhi są znaki drogowe, ale ani w Pune, ani w Chennai ich nie uświadczyłam. Indusi jeżdżą więc jak im w duszy gra, a gra różnie. Bo nawet jadąc nie trzymają się konkretnego pasa, to zjadą w lewo, to w prawo, a nie zawsze włączają kierunkowskaz dający nam o tym znać. Częstym zjawiskiem jest wystawianie ręki, sygnalizujące o zmianie kierunku, zwłaszcza w dużych pojazdach takich jak lori czy autobusy. Często siedzi tam dodatkowa osoba, która wychyla się z autobusu dając znać kierowcy czy może jechać, czy też nie. Jak jednak ustrzec się przed wjechaniem w pojazd przed nami samochodem osobowym lub na motorze? Otóż trąbić. Indusi trąbią ciągle, bez przerwy i na każdą okazję. Kiedy chcą wyprzedzić, zjechać, a nawet w korku. Indyjska ulica to kakofonia klaksonów, biada więc tym, którzy mieszkają zaraz przy ulicy. Ja trąbienia nie lubię, bo po pierwsze jadąc na motorze co klakson podskakiwałam ze strachu, że ktoś w nas wjedzie, a potem jak już się przyzwyczaiłam, to złościł mnie brak kultury na drodze. Weźmy na przykład przejście dla pieszych. Jeżeli już jest, kierowcy nie przejmują się nim i często pomimo zielonego światła i czekających ludzi przejeżdżają spokojnie nic sobie z tego nie robiąc. Przekroczenie indyjskiej ulicy graniczy z cudem, przynajmniej dla mnie. W większości miejsc nie ma jednak żadnych przejść, ani świateł i trzeba sobie radzić samemu, czyli przebiegać w momencie kiedy na drodze znajduje się jak najmniej samochodów, co przy natężeniu ruchu w Indiach sprawdza się chyba tylko w nocy. Indusi sobie z tym jakoś radzą, ja tego nie potrafię po dzień dzisiejszy. Przyznaję się bez bicia, nie umiem przejść sama przez ulicę. Nawet kiedy już uda mi się na niej znaleźć, żaden z pędzących samochodów ani myśli, żeby przyhamować. Kierowcy trąbią za to niemiłosiernie, a ty przecież już stoisz na środku ulicy i nie masz możliwości ruszyć się ni to w przód, ni w tył. Kiedy jest czerwone światło i akurat ma się szczęście trafić na przejście dla pieszych, to i tak samochody na nim stoją, więc zwyczajnym obrazkiem jest tłum ludzi lawirujący pomiędzy samochodami, czy to na pasach, czy w trakcie ruchu na drodze. 
Często na różnych skrzyżowaniach stoją dzieci, które żebrzą od samochodu do samochodu, od rykszy, do motoru. Jest to straszne, obserwować te wybiedzone, brudne i głodne dzieci, ale kiedy raz się da, to one to zapamiętują i kiedy znowu się zatrzymasz możesz być pewien, że obejdzie Cię cała gromadka, która stoi dookoła, patrzy i czeka na pieniądze. Dzieci te są wyuczone, że najlepiej podchodzić do białych ludzi, bo oni zawsze coś dadzą. Często widziałam jak matka na mój widok popychała dziecko w moją stronę, żeby wyżebrało choć parę rupii. Zdarzało się również, że gromadka bosych dzieci podbiegła do mnie, wyrwała mi z rąk mirindę i próbowała otwierać torebkę z której wystawało pudełko z samosami. Jest to przerażające, a wymiar tego procederu ogromny. I wierzcie mi, kiedy spotka się z czymś takim na żywo, to serce się kraje.
Przyznam szczerze, że często się zastanawiałam i próbowałam doszukać się jakichkolwiek oznak pomocy ze strony rządu. Podobno dostaje się specjalne kartki na tańszą żywność, trzeba je jednak przedłużać po okresie sześciu miesięcy, co wiąże się z załatwieniem sprawy w urzędzie, przejściem przez biurokratyczne piekiełko i często na pierwszej książeczce ulgowej się kończy. Przez cały ten okres nie dostrzegłam nawet jednego pracownika socjalnego, ale może się mylę. Raz tylko ktoś zapukał do nas i twierdził, że zbiera pieniądze na rzecz biednych dzieci. Przestrzegano mnie wtedy, że te pieniądze nigdy do dzieci nie trafią, więc zrezygnowałam. Choć z pewnością istnieją w Indiach prawdziwe fundacje, które pomagają biednym. 

Wracając do dróg, to nie można pominąć asfaltu. A ten zwłaszcza w mieście usłany jest dziurami i dziurzyskami małymi i dużymi. Także trzeba bardzo uważać, zwłaszcza jadąc na motorze. Oczywiście, w indyjskich miastach są lepsze i gorsze dzielnice, jak wszędzie, ale tutaj standard dróg, przynajmniej w Pune, jest podobny. Co jednak odróżnia "lepszą" ulicę, to fakt posiadania chodnika. Chodnik to rzecz ekskluzywna, choć Indusi nawet jak mają możliwość skorzystania z niego, to i tak często idą ulicą. Ten fakt jestem w stanie bardzo dobrze zrozumieć, gdyż stan chodników pozostawia wiele do życzenia, ale zawsze to bezpieczniej. Zapytałam kiedyś znajomego, skąd ta niechęć Indusów do chodników, a on odpowiedział: "Jak Ci się raz zapadnie nasz chodnik pod nogami, to zrozumiesz". Na szczęście mi się nie zapadł, ale przyjemności ze spacerów po mieście, przyznam szczerze, że nie odczuwałam ani przez chwilę mojego pobytu w Pune. Co jest też niestety plagą, przynajmniej w tym mieście, to skracanie sobie korka właśnie dzięki chodnikowi. Nie ma znaczenia, czy są na nim ludzie. Kierowcy motorów wjeżdżają na chodnik, trąbią na przechodniów, żeby Ci zeszli im z drogi w ten sposób omijają korki. Niestety proceder ten jest mocno rozpowszechniony w Pune.

To jeden z chodników w mojej dzielnicy Viman Nagar. To bardzo dobra dzielnica w Pune, choć niestety jedna rzecz jest wspólna dla większości miejsc w Indiach, a w szczególności dróg. Śmieci. Niestety nie ma tutaj dbałości o miasto, a ulice są okropnie brudne i zaśmiecone. Próbowałam się dowiedzieć, jakie kroki podejmuje rząd, żeby zapobiec dalszemu zaśmiecaniu Indii, co z pewnością nie wpływa na ich turystyczny image. Ale i tutaj nie znalazłam odpowiedzi. Wygląda na to, że jedyną oznaką zainteresowania problemem są słynne tablice umieszczone przy drodze: "Keep Pune clean and green". Brakuje też koszy na śmieci, chociaż nie jestem przekonana, że i one by coś pomogły. W rozmowie ze znajomą zapytałam jej, czy nie przeszkadza im taki straszny brud, przecież można by było zadbać o okolicę w bardzo prosty sposób. Wina została zrzucona na ludzi niewykształconych, co jest moim zdaniem kompletną bzdurą. Jeden z moich znajomych, dobrze wykształcony, który był na stypendium w Berlinie, na to samo pytanie zrobił mi wykład o recyklingu, o tym, że to wszystko wina rządu i ludzi biednych, po czym dopił swoją coca-colę i rzucił puszkę na ziemię. Rzuciłam wtedy tylko ironicznie, że powinien puszkę zgnieść, zanim ją wyrzuci. Zrobiło mu się głupio, ale taki przykład daje sporo do myślenia. Inna koleżanka potwierdziła, że to brak edukacji w szkołach na ten temat i brak wyrobionych nawyków jest problemem, a to, że zarząd miasta zupełnie nie troszczy się o takie rzeczy to już inna sprawa.

W Pune już legendą owiana jest komunikacja miejska. Wspominałam już, że autobusy nie są oznaczone i, że są mocno zaniedbane. Widziałam kiedyś autobus ze zbitą przednią szybą, lecz kierowcy zupełnie to nie przeszkadzało. Zupełnie inaczej w Chennai, autobusy były względnie zadbane i czyste, posiadały numery i trasy wyświetlone, lub opisane, a nawet autobusy klimatyzowane, które były dostępne za troszkę wyższą cenę biletu, ale nie dużo. W Pune niestety sprawa wygląda tragicznie. Pozytywnie jeśli pomyśleć, że w ogóle jeżdżą autobusy, lecz ciężko z nich skorzystać takiej osobie jak ja, która nie mówi w marati, gdzie nie ma przystanków, ani tras, ani nawet numerów autobusów, opisanych w widocznym miejscu. Nawet Indusi mają z tym sporo problemów. Kwestia przystanków jest dla mnie mocno prowokacyjna. Są to umowne miejsca, czasem zdarzy się wiata, nie są one natomiast opisane. Co mnie mocno złościło to fakt, że na jednej z ruchliwszych i większych ulic Pune, na MG Road, ludzie stali bezpośrednio na środku jezdni, gdzie w momencie gdy autobus przejeżdżał, machali aby się zatrzymał. Z tym faktem do końca nie mogłam się pogodzić, bo to po prostu jest niebezpieczne. Dlaczego nikt z tym nic nie robi, to jest dla mnie coś, czego w Indiach nie pojmuję. W każdej dyskusji na ten temat były narzekania, ale i stwierdzenie, że nie ma co walczyć, bo i tak wszelkie urzędy miejskie są skorumpowane i nic z tego nie będzie. A wyjść, strajkować, próbować walczyć o lepsze jutro? Też nie, bo nikt nie może sobie pozwolić na stratę wypłaty tego jednego dnia, lub nawet pracy. 
Kiedy przyjechałam do Pune, pośrodku MG Road były budowane wiaty autobusowe, często albo nie było tam nikogo, albo robotnicy leżeli w cieniu i spali. Nie wiem od kiedy tam już stały, ale Pari mówił mi kiedyś, że już kiedy przyjechał do Pune, prawie 7 miesięcy przed mną, już tam były, w tym samym nietkniętym stanie. Wiaty więc powoli rdzewiały i nic się z nimi nie działo. Kiedy wyjeżdżałam nic się nie zmieniło. Podobnie było z asfaltem dookoła naszej society. Kiedy przyjechałam cała lewa część drogi była rozkopana, robiono coś z rurami, prawdopodobnie z kanalizacją bo zapachy były przednie. Po około czterech miesiącach zjawili się inni robotnicy - musicie wiedzieć, że w Indiach kobiety uczestniczą w pracy. Przy takiej małej drodze nie ma do dyspozycji maszyn, wszystko robią ludzie. Kobiety noszą na głowach asfalt w workach, mężczyźni ręcznie ubijają mieszankę i rozkładają na jezdni, a później posypują kamieniami. Niestety daje to efekt placka asfaltu rzuconego na drodze, na którym można sobie zawieszenie urwać ;-)

Sporo osób często ze śmiechem pyta mnie, czy to prawda, że w Indiach można spotkać na drodze krowy. Jasne, że można :-) Jest ich sporo, nawet w miastach, a i zdarza się, że drogę przetnie nam spory byk. Krowy są też stałym elementem plaż! 
Można spotkać też mnóstwo kóz, a nawet świni, które żerują w odpadkach. Niestety święte krowy też często żywią się śmieciami. Zdarzyło mi się zobaczyć na drodze wielbłądy, które są z pewnością świetną opcją na dziurawe drogi ;-) Był też słoń, ale dowiedziałam się, że jest to chwyt dla turystów. Chwyt, nie chwyt, ale jest radość, kiedy wyprzedza się słonia :-)!
Indyjskie drogi są bardzo specyficzne i zwłaszcza jeżeli wybieramy się na wycieczkę wypożyczonym samochodem, warto przestawić się i spróbować na to przygotować. Warto też wybrać się za dnia, gdyż w nocy robi się na prawdę niebezpiecznie. Indusi jeżdżą bardzo szybko, a w nocy na drogach pojawiają się też lori, autobusy i większe samochody ciężarowe, w których kierowcy, takie odnosiłam czasami wrażenie, nie ściągają nogi z gazu. 
Jak jednak zachować się, kiedy zatrzyma nas policja, a robi to często bez powodu. Z moich doświadczeń chodzi przede wszystkim o danie jakiejś skromnej kwoty, łapówki. Jeżeli więc mimo posiadania wszelkich dokumentów policjant dalej nie chce nas puścić, można wręczyć mu 100, 200 rupii i będziemy wolni, dopóki nie zatrzyma nas kolejny patrol. W Pune zazwyczaj stali w tym samym miejscu, więc można było się przygotować. Trochę trudniej jest samochodem osobowym, ponieważ często ustawiane są bramki na drodze w taki sposób, że każdy samochód musi powoli przejechać koło policjantów. 
W Indiach nie jest dozwolona jazda samochodom w każdym stanie. To znaczy, że jeżeli ma się rejestrację z Tamil Nadu, a podróżuje po Maharastrze, to na bank będziemy zatrzymani. Wtedy może uratować nas specjalny podatek, który płaci się za korzystanie z dróg w innym stanie. Mało kto go jednak płaci, ponieważ chodzi o sporą kwotę. Bezpieczni są posiadacze żółtych tablic rejestracyjnych, tzw. AIP (All India Permit). Są to jednak zazwyczaj samochody dostawcze, lori, autobusy i taksówki. 
Taksówki to bardzo dobry sposób podróżowania, ważne jest jednak aby wynająć ją w dobrej agencji, lub sprawdzonej, żeby było bezpiecznie. Mamy wtedy kierowcę, która zna teren i umie prowadzić po indyjskich drogach. A to ułatwia sprawę, bo w Indiach jest bardzo słabe, albo żadne oznakowanie kierunków. Często też jest złe. Natomiast pytając o drogę tubylców, warto zapytać przynajmniej trzech różnych osób, ponieważ Indusi nawet jeżeli nie znają kierunku, to i tak coś nam doradzą. Dlatego warto się upewnić. 
Powinnam jeszcze wspomnieć co nie co o tym jak zdaje się na prawo jazdy w Indiach i tutaj znowu posłużę się przykładami z Chennai i z Pune. Mój Pari na praktycznym teście siedział w samochodzie wraz z instruktorem i z dwoma innymi chłopakami. Prowadziła zaś dziewczyna wybrana z tej grupki przez instruktora. Zdała ona, więc zdali wszyscy. Znajomy Irańczyk, która mieszka w Pune już od kilku lat, zdawał najpierw egzamin teoretyczny. Są do tego odpowiednie automaty, a na czytniku i na ekranie z przodu sali wyświetla się pytanie, które dodatkowo odczytuje instruktor. Potem instruktor przechodził przez pokój i zaznaczał dobre odpowiedzi. Na egzamin praktyczny znajomy pojechał jeszcze tego samego dnia własnym samochodem. Jako, że akurat nie było wolnego auta, instruktor poradził, że mogą przejechać się jego Suzuki i tak kolega zdał. Był tym zresztą ogromnie zszokowany, bo Iran znany jest z bardzo restrykcyjnych przepisów. Ja nie zdecydowałam się w końcu na egzamin, a mocno mnie kusiło zrobienie uprawnień na skuter, który w Indiach jest bardzo praktyczny. Jeździłam więc bez prawka. 
Bardzo duża część populacji korzysta z jednośladów, mężczyźni z motorów, a kobiety właśnie ze skuterów. Nie jest widokiem niezwykłym obraz rodziny jadącej na motorze. Prowadzi tata, z przodu na baku siedzi małe dziecko, z tyłu bokiem żona w saree, trzymająca w ramionach zawiniętego w chusty niemowlaka. 

Mam nadzieję, że udało mi się choć trochę przybliżyć Wam realia indyjskich dróg. Myślę, że warto się na to psychicznie przygotować, aby złagodzić szok :-) A na koniec kilkanaście zdjęć dróg właśnie, które uwielbiam robić.

W drodze do twierdzy w Sinhgadzie
 

 
 Lonavala
 
Na Goa - Palolem (pow.)
W Chennai, dawnym Madrasie
 

 

 
W Chennai, w drodze...
 

 
 Most w Pune

Tańce ślubne na drodze
 

Viman Nagar 
 

  

Airport Road / Military Area



 

MG Road
 

Pune, gdzieś w centrum miasta...


Viman Nagar w Pune
 

 

* Wszystkie zdjęcia zamieszczone na moim blogu są moją własnością i zabrania się ich kopiowania bez mojej wiedzy i zgody!